2012-04-08 17:08:36 >> Podsumowanie

Mamy rok 2012. Ósmy kwietnia. Niedziela Wielkanocna.
Siedzę sobie przy moim prowizorycznym biurku, na które skłądają się cztery nierozpakowane od blisko dwóch lat pudła z dobytkiem natury papierowej. Na rzeczonym pseudo-biurku stoi monitor. Obok pseudo-biurka przysiadł komputer. Obok komputera podwójny stojak na płyty z muzyką. Dalej słynna, poSephirothowa TR-ka (czyli Korg TR), pokryta aktualnie, wstyd przyznać, delikatną warstwą kurzu. Między klawiszami a ścianą - podwójna wieża płyt z grami i filmami. Dalej kącik muzyczny Fazy: gitary, efekty. Po obu stronach okna dwa Marshalle.
Za oknem szaro-buro-ponuro. Ptaki coś tam poćwierkują, ale bez entuzjazmu. Przekwitły już prawie wszystkie kwitnące na wiosnę drzewa, zaczęły sie za to pojawiać liście. Kwiatów pełno - ale kwiaty kwitną w Londynie przez cały rok. Są też palmy. Małe, ogrodowe. Ale są. Z okna w kuchni widać szeregi zrośniętych domów. Wszystkie podobne. Wszystkie stare. Wszystkie brudne, odrapane, zaniedbane. Charakterystyczna, buro-żółta cegła. Charakterystyczne kominy.
Nie wiem, czy możliwe jest wyrażenie słowami niechęci, jaką żywię do tego miejsca. Fakt, ludzie są dla siebie sympatyczniejsi. Więcej się uśmiechają. Więcej zagadują. Ale ja nie lubię, kiedy próbuje się ze mną tak na niby i na chwilę zaprzyjaźniać ktoś mi obcy i obojętny. Czuję, jakby rozdrapywał moją przestrzeń osobistą.
A z drugiej strony brak mi ludzi. Brak mi przyjaciół. Nie chcę tutaj znajdować nowych. Próbowałam na początku, ale jakoś nie pasuję. Na innych falach nadajemy - ja i lokalni. Nie wspominając już o tym, że moja znajomość języka angielskiego, jakkolwiek niezgorsza, nie daje sobie rady z tymi wszystkimi akcentami, z niedbałością z jaką mówią tak Anglicy, jak ludność napływowa. Innymi słowy - nie nadaję się do luźnej konwersacji, w której cenię sobie zawsze po pierwsze biegłą znajomość, nazwijmy to, slangu, po drugie refleks. Tutaj odstaję. Nie nadążam. Zostaję w tyle. Więc już nie próbuję. Zresztą - o czym tu rozmawiać? Nawet tematy czysto towarzyskie mają tu inne. Z jednej strony otwarci i twórczo złośliwi, z drugiej obudowani czymś dziwnym, jakąś dziwną barierą, łatwo ich zbić z pantałyku i zrobić z siebie idiotę, mówiąc o rzeczach, które, jak się po niewczasie okazuje, są niedelikatne, niepotrzebne.
Wszystko tu jest wywrócone do góry nogami. Publiczne relacje towarzyskie są tu jak dla mnie zbyt ciasne, a prywatne zbyt luźne. Dlatego się odcinam, izoluję. Nie potrafię się przystosować. A nowych przyjaciół nie tylko zdobyć nie mogę, ale też zwyczajnie nie chcę. Bo tęsknię za starymi. Ludzi nie da się tak po prostu wymienić.
Muzyka. Muzyka jak na razie nie wypaliła. Jest gdzie grać, ale jak sie okazuje nie ma z kim. Ci co są chętni są kiepscy. Ci co są dobrzy nie są chętni, albo po prostu są zajęci gdzie indziej.
Praca.
Napiszę coś, jak uda mi się wyciągnąć z tego obrzydliwego marazmu, stagnacji, czekania z głową w piasku aż problemy same się rozwiążą i ZNAJDĘ jakąś pracę.
Przynajmniej wiem, co robić. Problem w tym, zę wiem co robić od bardzo dawna i jakoś nic nie robię.

A najgorsze, że wiosna, a w Londynie nie ma jaskółek, więc nie ma na co czekać.
Nic mnie już nie cieszy.


P.S. Zapomniałam napisać (choć każdy, kto ma jakikolwiek kontakt z moją osobą to wie), że od września zeszłego roku jestem czcigodną małżonką Fazy. Fakt, iż to pierwsza notka od stuleci, a wspomnienie o zmianie stanu cywilnego nie od razu przyszło mi do głowy, pokazuje jasno jak bardzo nic się nie zmieniło.
skomentuj (0)




2011-03-29 21:53:47 >> Umarłam XD



Za podesłanie obrazka dziękuję Kastorowi. Obrazek dedykuję Królikowi. :D
Zaiste!
skomentuj (2)




2011-03-29 05:34:37 >> Wiosenno-markotnie

Wiosennie jest.
W Londynie kwitnie wszystko jak leci, łącznie z tym, co i tak kwitło przez całą zimę. Ptaki mordy drą od drugiej, czy trzeciej w nocy aż do zmroku. Słońce wyłazi zza chmur co jakiś czas i jest ciepło.

Oboje z Fazą ciągle jeszcze żyjemy. Viridian ma od paru miesięcy nowego basistę, ale perkusiści wszyscy chyba wymarli na sepsę i pneumokoki.

Znów rysuję ilustracje do RPG-ów. Wolsung, Armie Apokalipsy, aktualnie siedzę nad Thrilling Tales.
Ale nieszczególnie ze mnie obrotne bydlę.

Postanowiłam się za mąż wydać.
Tak, też uważam, że to średnio inteligentnie z mojej strony. Może jeszcze zmienię zdanie i ucieknę, przynajmniej będzie o czym pogadać :)

Uczę się rzeźbić w Super Sculpey (taka modelina, tylko fajniejsza). Tak sobie mi idzie. Dziś wypalałam głowę laski, którą mam aktualnie na warsztacie, zapomniałam o niej i godziny pracy poszły z dymem.

Od 10 kwietnia idę na taniec brzucha, tribal fusion. 125 funtów za 10 godzin zajęć, ale może czegoś mnie nauczą. Moze przynajmniej zrzucę trochę sadła z brzucha, bo już patrzeć na siebie nie mogę.

Markotnie mi; przeskakuję ze stanu w stan, z pozytywnego myślenia, planowania i działania, w depresję. Aktualnie mi nijak.

Tęsknię za Wami. Z racji ogromnej przerwy w pisaniu, nie przypuszczam, ze ktoś tu jeszcze zajrzy. Ale oto powoli zbliżają się ósme urodziny Filkotnego. Ósme... O matko, ten czas tak leci. A propos czasu - jak myślicie, spaliłam sobie już tosta? Pójdę sprawdzić.

Nie spaliłam, jak miło.

Noc jest. Późno. w pół do piątej. W sumie ranek.
Obejrzałam Conana, spróbuję się zmusić do rysowania zamówionego żołnierza. Energii we mnie tyle, co w... w czymś bez energii.
Ale generalnie dobrze jest.
Tylko tęsknię.


skomentuj (2)




2010-08-31 04:28:35 >> Za daleko.

Czas mija. Tęsknię coraz bardziej. Nie przyzwyczajam się tak szybko do języka, miejcs, zapachu, ludzi - obcych i innych. Najgorszy jest brak alternatywy. Potrzebuję urlopu, jakiegoś tygodnia z powrotem z Wami. A potem będę mogła znów "brać swoją przyszłość we własne ręce" z podładowanymi bateriami. Ale na teraz, niedługo, muszę Was zobaczyć. Bo mnie szlag trafi.

Liściasta
skomentuj (3)




2010-07-26 23:56:42 >> Tatuaż

Zakazany owoc mojej młodości, symbol prawa do samodzielnego decydowania o własnym ciele, wyraz buntu, sposób na zszokowanie otoczenia, sposób na podkreślenie własnej inności...
Tatuaż był dla mnie każdą z tych rzeczy.
Moja rodzina nie akceptuje samej idei tatuażu. Dla Babci jest on cechą charakteryzującą idiotów i kryminalistów. Rodzice uważają go po prostu za rzecz nieestetyczną.
Dla mnie zawsze był fascynującą formą sztuki i właśnie jakimś takim symbolem inności.
Pierwszy "tatuaż" zrobiłam sobie sama w wieku lat bodaj 15. Miały to być dwie małe rózyczki na brzuchu. Wycinałam kształt skalpelem i wcierałam tusz. Dużo się z tego dzieła nie zachowało, teraz przykryty jest innym tatuażem - czarną gwiazdką. Drugi tatuaż zrobił mi kumpel. Miałam 17 lat. Tym razem był to czarny pająk na łopatce, wykonany niesławną metodą przy użyciu struny, nici i tuszu kreślarskiego Perła. Niestety, kumpel nigdy nie skończył dzieła i przez lata na łopatce miałam pajączka bez dwóch nóżek :)
Nie przeszkadzało mi to nigdy. Uważałam tę wątpliwą ozdobę za fragment swojej przeszłości. Zresztą nbigdy nie miałam nadmiernego sentymentu do własnego ciała, ani lęku przed jego "oszpeceniem". Odkąd w wieku pięciu lat poparzyłam się wrzątkiem, po czym zostały mi rozległe i niemożliwe do przeoczenia ślady, nie zależy mi na nieskazitelnym i, że tak powiem, "przemyślanym" wyglądzie mojego ciała. Nigdy nie będzie nieskazitelny, więc czemu się przejmować? Dzięki bliznom (po oparzeniu, a także po pełnym przygód dzieciństwie) pozbyłam się oporów przed robieniem z moją skórą tego, na co mam ochotę.
Po wielu latach felerny pajączek zostal przykryty radosną twórczością innego mojego kumpla i był to pierwszy raz, kiedy ktoś użył na mnie maszynki. Twórczość ta, tak samo nieprzemyślana, jak różyczki i pajączek, została przeze mnie ochrzczona mianem "biomechanicznego agrestu". Niedawno kolejny znajomy rozpoczął proces zakrywania "agrestu" następnym tatuażem. Wytatuował mi dookoła "agrestu" przepiękne liście winorośli - niestety, nie dokończył dzieła (historia mojego zycia :D), bo przyszedł czas mojej wyprowadzki do innego kraju. Więc teraz mam źle zrobione nie wiadomo co, z bardzo ładnymi liśćmi dookoła, które pod względem wykonania róznią się od poprzednika jak dzień od nocy. Będę musiała skończyć ten cover-up przy okazji jakiejś wizyty w Polsce. jednak już planuję kolejne tatuaże. Być może powstrzymam sie już od przypadkowych wzorów :) jednak nie żałuję żadnego z tych, które powstały dotychczas. Jak na razie wszystkie moje tatuaże były w niewidocznych miejscach. Zastanawiam się jednak nad ramionami, nadgarstkami, kostkami u nóg. Lubię tatuaże. Są jak pamiętnik pisany na skórze - możesz je zakryć, jeśli przestają ci się podobać, ale równie dobrze możesz je zostawić, wkomponować w nowy wzór.
W Anglii tatuaże to rzecz normalna. Na każdym kroku widać ludzi obu płci i  w każdym niemal wieku, z lepiej lub gorzej zrobionymi tatuażami. To po prostu forma ozdabiania ciała.
Moja babcia pyta mnie: co ty zrobisz, jak będziesz stara, pomarszczona i będziesz miała stare, rozmyte tatuaże, które straciły kształt razem ze skórą? Ludzie będą się na ciebie patrzyć z niesmakiem.
A co ja na to? Cóż, nie sądzę. Nie będę się wyróżniać pod tym względem, będę jedną z wielu.

Jednak, żeby być całkiem szczerą, nie moge jednoznacznie wyrazić swojej opinii. Czy tatuaż szpeci, czy zdobi? Nie myślę o tatuażach w tych kategoriach. Tatuaż, podobnie jak kolczyki, po prostu jest. Istnieje pewna granica, której nie przekroczyłabym zarówno w tatuowaniu się, jak i kolczykowaniu. Ale - i tu zdziwiłam samą siebie - nie myślę o tych rzeczach, jak o, dajmy na to kolorze włosów, ciuchu, czy biżuterii (abstrahując już całkowicie od faktu, że kolor włosów można zmienić, ciuchy i biżuterię takoż). Tatuaż, po wykonaniu, staje się częścią noszącej go osoby, kawałkiem jej ciała. Podobnie z kolczykami. Tatuowanie i przekłuwanie (tudzież skaryfikacja, która akurat do mnei nie przemawia za bardzo) to według mnie nie zabieg upiększający, tylko jakiś rodzaj, bo ja wiem... pokazywania światu, bez cenzury, kim jesteś.
I tyle ode mnie w tym temacie

Liściasta

skomentuj (1)




2010-07-22 22:33:41 >> Liściasta tęsknota londyńska

Siedzę w Londynie od trzech tygodni prawie.
Wszystko idzie mniej więcej zgodnie z planem, we wtorek się pewnie przeprowadzimy do większego mieszkania i bardziej na stałe. Trzeba będzie kupić naczynia, sztućce, pościel, odkurzacz... bardzo dziwna rzecz, taka przeprowadzka z niemal całkowicie pustymi rękami.
Resztę rzeczy z Polski Faza będzie zgarniał dopiero za jakiś czas. Może nie ocipieję bez mojego tabletu...
A tu trzeba jeszcze pracę znaleźć. Już mam plan na własną działalność, ale ona sama początkowo nie wystarczy, więc będzie się musiało Liściaste nieszczęście gdzieś zatrudnić.
Z ciekawych rzeczy - dopiero w Anglii polubiłam Guinnessa. Naprawdę polubiłam. Dobry jest.

Koszmarnie tęsknię za domem. Im dalej w las tym bardziej przygaszona chodzę. Tęsknię za głupimi dziurami w asfalcie na podwórku (nie, żeby tu też nie było dziur, ale to nie te same dziury :P), za jaskółkami (w Londynie widziałam do tej pory DWIE... :/) za ludźmi, za trasą spod Hali Mirowskiej do Złotych Tarasów. Głupota straszna, ale aż mnie skręca. Muszę sobie znaleźć coś do roboty...
Szybko.
Liściasta
skomentuj (2)




2010-06-05 14:19:15 >> Odblogowanie

Sporo ostatnio usunęłam swojej obecności z sieci. Dziś poleciała Dama Kier - blog, kóry prowadziłam od 2004 roku (z dziurami, ale jednak). Więc jeśli traficie na sieci na jakąś blogową Damę Kier - to nie ja :D

Liściasta
skomentuj (3)




2010-06-04 02:42:48 >> ... i żadnych dzieci...

  No i znowu centrum debat nacisnęło mi guziczek aktywujący. Temat jakby wprost stworzony dla mnie, bo... o mnie. No, niemalże o mnie. Męża nie mam, ale w zasadzie niewielka to już różnica na tym etapie i w takich warunkach. Mam prawie trzydzieści lat i od dziesiątego roku życia wiem, że nie chcę się rozmnażać. Po pierwsze dlatego, ze mało czego nie lubię tak bardzo jak dzieci. Emocjom, które we mnie budzą ludzkie młode, najbliżej do obrzydzenia. Po drugie nie mam ochoty poświęcać swojego życia dziecku. No - nie mam i już. Ani ja nie bylabym szczęśliwa, ani dziecko. Po trzecie sama myśl o ciąży, porodzie, karmieniu i pieluchach budzi mój najwyższy wstręt. A potem wcale nie jest łatwiej, bo odpowiedzialność, bo zmartwienia, bo nerwy. Innymi słowy - nie chcę mieć dzieci i tyle.

  Nie spotkałam się z tego powodu z jakimiś szczególnymi nieprzyjemnościami,raczej z niezrozumieniem (choć parę incydentów było). . Niemniej samo niezrozumienie to jedno, a sposób jego wyrażania to całkiem inna para kaloszy. Większość moich "dzieciatych" znajomych wie, że ja i młode ludzkie organizmy średnio do siebie pasujemy i nie robi z tego powodu problemów. Niestety, nie wszyscy. Pewna para, u której gościłam jakiś czas temu, próbowała na siłę zaprzyjaźnić mnie ze swoim kilkumiesięcznym potomkiem. Nie wypadało krzyczeć i uciekać, ale nachalne podtykanie mi śliniącego się malucha pod nos w końcu zaowocowało moim, dość ogólnym i w powietrze rzuconym (bo i jakże tu inaczej zareagować, zeby kogoś nie urazić) stwierdzeniem, że ja to tak nieszczególnie szaleję za dziećmi, poza tym nie umiem się z nimi obchodzić, więc pakowanie mi ich cennego skarbu na kolana może mieć zgubne skutki. Najpierw spotkałam się z niedowierzaniem, potem z pewnym żalem, a na końcu z zapewnieniami, ze polubię, jak będę miała własne. Opcja, że nie zamierzam ich mieć, całkowicie nie dotarła do moich rozmówców. Nie byli w stanie w żaden sposób tego przetrawić, ani przyjąć do wiadomości, więc kontynuowali podśmiewki i zapewnienia, nadal "atakując" mnie swoją córką. Całą moją cierpliwość i samozaparcie wykorzystałam tego dnia na powstrzymywanie gniewu, do którego w końcu doprowadzili. Dzieci to taki newralgiczny temat. Jeśli nie lubiłabym psa/kota/szczura i bezskutecznie prosiła, żeby go ode mnie zabrali, ewentualne zareagowanie w sposób bardziej stanowczy wchodziłoby w grę. W przypadku dziecka nie, bo i jakże to tak? Co mam powiedzieć? Zabierzcie ode mnie tego śliniącego się, śmierdzącego potwora, którego nie umiem postrzegać, jako słodkiego, rozkosznego stworzonka? No... nie. Nie lubienie dzieci wymaga sporej delikatności. Co gorsza, nie można liczyć na wzajemność - bo przecież jak to? Bo przecież "zobacz, śmieje się, lubi cię!". Ugh...
 
  Tak więc, dzieci nie lubię i nie chcę. Oczywiście, jest we mnie, jak pewnie w każdym, chęć pokazania komuś tych samych rzeczy, które ja ceniłam we wczesnym szczenięctwie, przekazania komuś wyznawanych przeze mnie wartości... ale wiadomo, że dzieci nigdy nie wyrastają tak, jak byśmy sobie tego życzyli. Co więcej, nadzieja że tak będzie jest głupia i niesprawiedliwa.

  Ale zaraz, rzec można, to MOJA opinia, a co, jeśli związałabym się z kimś, kto dzieci lubi i chce mieć? Proste - nie związałabym się. Miałam przez większość życia to gigantyczne szczęście, że moi mężczyźni dzieci nie planowali, tudzież głęboko szanowali moje zapatrywania, zresztą, na ogół również je podzielali. Aktualnie tak właśnie jest. A co, gdyby nagle pojawil się konflikt i mężczyzna stwierdziłby, ze chce dziecka. Proste. Zacisnęłabym zęby i protestowała. W razie nacisków, rozstałabym się z facetem.
To oznacza, stwierdzić może wnikliwy i skory do wyciągania wniosków czytelnik, że kocham tylko siebie i nie umiem poświęcić się dla miłości! Pozwól, wnikliwy i skory do wyciągania wniosków czytelniku, ze cię uprzejmie obśmieję. Czy małżeństwo i macierzyństwo ma być pełną wyrzeczeń drogą przez mękę i poświęcenie? Czy dla takiego "dziecka z poświęcenia" byłoby dobrze, gdyby zaistniało? Nie sądzę. Ktoś w takim układzie na pewno byłby nieszczęśliwy.

  Spotkałam się z opiniami, że niechęć do rozmnażania jest samolubna. Że przepraszam co? Być może, owszem, wynika z samolubnych pobudek, ale czyż  to właśnie macierzyństwo nie jest znacznie częściej aktem samolubnym? Kobieta chce dziecka - kobieta je rodzi, często niepomna na warunki, lub ignorując własną rzeczywistą zdolność do bycia dobrą matką. Wyżej wspomniane opinie były często uzupełniane argumentami, że w krajach zaawansowanych ekonomicznie rodzi się za mało dzieci i wkrótce kraje te będą leżeć i kwiczeć z braku populacji, lub też, że zbyt mało inteligentnych/kreatywnych/dobrze ustawionych ludzi się rozmnaża i coraz więcej jest kiepskiego DNA. Zgadzam się z obydwoma powyższymi argumentami. Ale to również nie jest dla mnie powód do posiadania dzieci. Nie odczuwam potrzeby ani obowiązku rozmnażania się dla idei tudzież dobra społeczeństwa. Najbardziej szczytny cel nie zmnieni mojej niechęci.

  Mam również niemałe szczęście posiadać rodziców, którzy nie odczuwają gwałtownej potrzeby zostania dziadkami, więc nikt mnie nie namawia. Zdarzyły mi się jednak nieprzyjemne rozmowy z dalszymi krewnymi. Klasyczne przykłady postrzegania kobiety bez planów rozrodczych jako przegranej i nieszczęśliwej. Jedna moja ciotka zapytała mnie, po co w takim razie żyję. Według niej nie ma innego sensu i celu dla człowieka, jak ten, by przekazać swoje geny dalej, a całą energię włożyć należy w zapewnianie tym genom dobrobytu. Druga ciotka, taka trochę mniej wygadana :) po prostu stwierdziła, że dzieci są sensem życia i jak można ich nie chcieć. Normalnie - odpowiadam. Tak jak ja. Ja nie chcę.

  Kiedy byłam młodsza moje deklaracje niechęci do rozmnażania spotykały się z reguły z przyjacielskim "dorośniesz i ci się zmieni". Kiedy dorosłam (i mi się nie zmieniło) z reguły słyszałam: "poczekaj, jesteś jeszcze młodziutka, zegar biologiczny ci się uaktywni, to zobaczysz". Niczego jak dotąd nie zobaczyłam, a ze świstem zbliżam się do trzydziestki. I, jeśli to w ogóle możliwe, moja niechęć do dzieci i rozmnażania, jest jeszcze silniejsza, niż dziesięć lat temu. Co słyszę teraz? "Zobaczysz, zaraz będzie za późno, zachce ci się nagle i będziesz nieszczęśliwa... zobaczysz..."

  Istnieje spora szansa, że nie zobaczę. Mam dwudziestoletnie doświadczenie w "nie zobaczaniu".
  Mam aktualnie kilka planów na przyszłość: kariera, trochę podróży, tyle szczęścia ile uda mi się wygenerować...
... i żadnych dzieci!

 
 
 

skomentuj (28)




2010-05-29 23:13:51 >> O przyjaźni damsko-męskiej słów kilka

Według zapowiedzi miałam narzekać, ale zamiast tego napiszę sobie notkę w zaproponowanym przez centrum debat temacie. A czemu nie. Tye, że nie chce mi się dołączać notki do debaty.

Tematem jest przyjaźń między płciami. Czy jest możliwa? Czy mężczyzna i kobieta mogą przyjaźnić się bez podtekstów i napięcia natury erotycznej i uczuciowej?

Nie wiem.
Naprawdę nie wiem. Z większością moich przyjaciół w którymś momencie się przespałam, a z tymi, z którymi seks się nie zdarzył, zdarzyły się inne czynności okołoerotyczne. Włączając w to kobiety i gejów. Z doświadczenia własnego wiem, że dopiero "czynne pozbycie się tematów tabu" otwiera ludzi do końca. Jeśli znajomość pozostaje platoniczna, zawsze będzie istnieć jakieś niedopowiedzenie, jakieś napięcie, jakieś przypuszczenie. Dla mnie jest to rzecz miła, ale niewygodna. Więc pozbywam się niedopowiedzeń. Jeśli jestem w stanie się z kimś zaprzyjaźnić, jestem w stanie trafić z tą osobą do łóżka. Jeśli czuję, że nie mogłabym trafić z nią do łóżka, zapewne nie byłabym w stanie się z nią zaprzyjaźnić. Co nie oznacza, że z każdą osobą, z którą jestem skłonna sie przespać jestem też skłonna się zaprzyjaźnić :)
Tak działam. Jak dotąd nikt za bardzo nie narzekał.
Liściasta

skomentuj (0)




2010-05-21 15:30:56 >> Uzupełniając zaległości

Uf... Zbyt rzadko piszę cokolwiek, dziury się powiększają, a ci, którzy jeszcze tu zaglądali całkowicie chyba już zapomnieli o tym miejscu.
Z najnowszych, smutnych wieści: zmarł Ronnie James Dio. Jakby Steele'a było mało :(
Z mniej nowych wieści - Filkotny skończył niedawno siedem lat.
A jaskółki (pardon, jerzyki) przyleciały około 30 kwietnia.

Tyle w dziedzinie nowości.
W następnej notce będę narzekać :D
skomentuj (1)




2010-04-15 22:37:04 >> Żałoba

Cały kraj w żałobie, to i ja. Tyle, ze ja opłakuję Petera Steele'a, leadera, basistę i wokalistę jednej z najważniejszych dla mnie kapel - Type O Negative. Peter zmarł wczoraj na atak serca. Miał 48 lat.
skomentuj (1)




2010-03-24 04:40:42 >> Moralność restrykcyjna

Piszę tę notkę jako rozwinięcie mojego udziału w debacie "Wszystko na sprzedaż". Ponieważ nie będzie dotyczyć bezpośrednio tematu dyskusji, pozostanie samodzielna, dzięki czemu zapewne nikt (poza najbliższymi moimi znajomymi) jej nie przeczyta. Ale napiszę ją, choćby dla spokoju własnego sumienia.

Swój tytuł notka zawdzięcza Fazie, który, jak to zwykle bywa, celnie i krótko nazwał to, co zaprząta mi aktualnie głowę.
Żeby wszystko było jasne: oto link do debaty http://wszystko-na-sprzedaz.debata.blog.pl/
Przedmiotem zaś mojego dzisiejszego wywodu jest nie tyle właściwy jej temat, co sposób, w jaki zagadnienie zostało sformułowane, oraz komentarz, pozostawiony pod moją debatową notką (link: http://filkotny.blog.pl/archiwum/index.php?nid=14820167), który w zasadzie dobrze ilustruje problem. A jaki problem? Może od początku, żeby było jasno, przejrzyście i nikt nie mógł mi łatwo zarzucić, że dużo piszę, ale za to nie piszę o czym :)

Podałam link do debaty, ale na wszelki wypadek zacytuję jej temat w całości:

- Czy marzysz czasami o seksie z innym mężczyzną? - pyta prowadzący. Kobieta potwierdza. Obok siedzi mąż. Cieszy się bezrefleksyjnie, przecież wygrali pieniądze. Dlaczego niektórzy ludzie nie mają oporów przed obnażaniem się przed kamerami? Big Brother, talk showy, teleturnieje - czy naprawdę chęć zarobienia i zaistnienia w telewizji powoduje, że pozbywamy się hamulców moralnych?


Temat jak temat, nawet sensowny, w mojej podlinkowanej wyżej notce pobieżnie powiedziałam, co miałam do powiedzenia i nic ponadto dodać nie mogę.
To zaś, co spowodowało, że włos zjeżył mi się na karku, to całkowicie nieprzystający do tematu przykład. A może jednak przystający? Dla osoby formułującej temat debaty, przykład ewidentnie był adekwatny. Kobieta według twórcy dyskusji zrobiła rzecz karygodną. Również rzecz karygodną zrobił jej mąż "ciesząc się bezrefleksyjnie" - układ wypowiedzi sugeruje, ze rzeczona radość dotyczy właśnie jego.
 Tłumacząc temat debaty "z polskiego na nasze" otrzymujemy pytanie: czemu ludzie są w stanie odrzeć się z prywatności i ogólnie zeszmacić w imię kasy i zainteresowania?
W związku z powyższym ja się pytam: a w którym miejscu ta kobieta wywnętrzyła się nadmiernie? W którym momencie się zeszmaciła? Co takiego godnego potępienia zrobiła, przyznając szczerze, że owszem, tak, marzy.
Czy zdradziła tym swojego męża? Nie. Czy zraniła jego uczucia? Być może. Ale to już jest kwestia umowy między tą akurat parą.
W którym również miejscu ów mąż zareagował nieprawidłowo. Cóż miał zrobić? Rzucić się na żonę z pięściami i wyzwiskami, że "niby jakim prawem myśli o innych mężczyznach i jakim prawem się do tego przyznaje"? Może nie ma problemu z własną samooceną i fakt, że żona odpływa czasem w marzenia o przystojnych nieznajomych mu nie przeszkadza?
Zachowanie wspomnianej pary zostało przez umieszczenie w takim kontekście uznane za coś niewłaściwego.

Dlaczego?

I tu docieramy do tytułowej kwestii dzisiejszej notki, czyli do moralności restrykcyjnej. Jest to, rzecz jasna, określenie mocno ogólne. Mam przez nie na myśli pewien tradycyjny i surowy zbiór zasad funkcjonowania, który jego wyznawcy uważają za nieprzekraczalny i jedyny słuszny. Myślą w dany sposób i jedynie na jego podstawie oceniają innych, całkowicie pomijając okoliczności dodatkowe, jak na przykład fakt, czy to co oni uznają za szkodliwe rzeczywiście szkodzi innym.
W debatowej notce napisałam, że małżonka przyznając się do fantazjowania na temat innych mężczyzn udowodniła, że ma do swojego męża zaufanie. Mąż zaś "bezrefleksyjną" radością udowodnił, że ma zaufanie do żony. Nie przejął się jej wyznaniem. Być może wiedział już o tym wcześniej. Całkiem możliwe, że to mu zupełnie nie przeszkadza. Czy tak trudno to zrozumieć? Czy takie zachowanie musi być od razu dowodem na jakąś potworną, karygodną zgniliznę rozkładającą ów związek?

Nie.

Napisałam też, że naturalnym jest fantazjowanie na temat różnych osób, niekoniecznie swojej stałej/ślubnej połówki. I tego się trzymam. Zadajcie sobie uczciwie pytanie, czy nigdy nie przemknęło Wam przez głowę jak by to było z tym, lub tą, zamiast Waszego stałego partnera? Jeśli nie - gratuluję, zwłaszcza, jeśli jesteście wyznawcami takiej zasady "czystości myśli". Jeśli tak... to jesteście normalnymi, zdrowymi ludźmi. Teraz - czy przyznacie się do tego swojemu partnerowi, czy też nie, podyktowane jest tylko i wyłącznie umową wewnątrz Waszego związku.
Nic według mnie nie niszczy ukłądu partnerskiego tak mocno, jak usilne staranie przestrzegania reguł nadanych odgórnie. Jeśli Wam wychodzi bez kłopotu - świetnie. Jeśli rodzi to niedomówienia i zgrzyty - może warto porozmawiać? Szczera rozmowa między partnerami umacnia związek. Warto ustalić własne zasady, takie, które będą działały dla Was i nie ograniczały Was w sposób bolesny lub krępujący. Możecie tego nie potrzebować, tradycyjne zasady mogą być dla Was najlepszym wyjściem, ale pamiętajcie, że najważniejsze jest to, co dzieje się między WAMI. I nie oceniajcie innych negatywnie tylko dlatego, że między sobą przestrzegają zasad zupełnie innych. Jeśli nie mają problemu z zaprezentowaniem swojego sposobu funkcjonowania publicznie, tym lepiej dla nich. Nie wstydzą się siebie.
Tak więc moim głównym problemem w debacie był fakt, że jej temat został sformułowany przez osobę o tzw. poglądach tradycyjnych, gotową oburzyć się z powodu postawy, która jest niezgodna z wyznawanymi przez nią wartościami. Dlaczego jako przykład nie podano kogoś, kto dla pieniędzy ujawnił jakiś wstydliwy sekret kogoś ze swoich bliskich, albo kogoś, kto, mimo ewidentnego obrzydzenia, za parę dolców zeżarł żywego robaka...? Takie przypadki byłyby stanowczo bardziej adekwatne.
Nie. Zamiast tego przyczepiono się do pary, która złamała jakieś dziwne, obyczajowe tabu. No bo jak to? Przyznać się? Przy mężu? Wstyd!

Otóż guzik. Żaden wstyd.

Oczywiście podstawowym pytaniem jest, czemu w ogóle wspomniana żona zdecydowała się udzielić na zadane pytanie odpowiedzi. W ten sposób "obnażyła się przed kamerami". Ale czy ta odpowiedź naprawdę tak strasznie odzierała ją z prywatności? Wdług mnie nie. Ocenę jednak pozostawię tylko i wyłącznie samej żonie. To jej sprawa. Chciała, to odpowiedziała.

W związku z faktem, że uznałam fantazjowanie na temat osób innych niż mój partner za objaw normalny, otrzymałam odpowiedź następującą:

"wiesz, że to co piszez dotyczy również drugiej strony czyli twojego (przyszłego!!!) męża, ty też nie jesteś jedynym obiektem seksualnym dla niego, a w tajemnicy przed tobą ogląda strony pornograficzne. Zastanów się co mowisz :)))), bo chyba do końca nie rozumiesz pewnych rzeczy, jakoś jestem przekonany, że pisze to tzw. panna. :)))), w przyszłości życzę ci udanego życia "małżeńskiego" z takim podejściem :))))), tylko jak to później dzieciom wytłumaczysz.."


Ja zaś jestem jakoś przekonana, że autor tego komentarza jest klasycznym wyznawcą "moralności restrykcyjnej". Z wypowiedzi mogę wnioskować, że w głowie nie zmieściło mu się, jak ktoś może mieć takie poglądy jak ja, więc uznał, że to ja nie rozumiem sprawy. Uprzejmie postanowił również ujawnić mi obosieczność mojego rozumowania, zapewne nie mogąc pogodzić się z myślą, że mogę sobie z niej zdawać sprawę.

Otóż zdaję sobie z niej sprawę i nie przeszkadza mi ona.
Obosieczność taka, czy też raczej posiadanie przez kij dwóch końców, jest dla mnie zrozumiałe i logiczne. Autor komentarza prezentuje postawę, która pozwala sądzić, że jego poglądy są mocno tradycyjne. Wyklucza posiadanie przeze mnie jakiegokolwiek wiążącego doświadczenia, przez założenie, że jestem panną. Owszem. Jestem. Jestem również w trwającym od dziesięciu lat związku. Mój związek mógł przetrwać bez ślubu i działając według niestandardowych zasad. I kwitnie. Oczywiście nie mam nic na poparcie moich słów, poza może faktem, że kilkoro pojawiających się tu znajomych może to potwierdzić.
Muszę również dodać, że wizja mojego faceta oglądającego w tajemnicy przede mną strony pornograficzne mocno mnie rozbawiła. W ustach komentującego miało to zabrzmieć jak groźna przestroga. Ja zaś, znając własną sytuację, doskonale wiem, że mój facet ogląda strony pornograficzne. Oglądam je również ja. Czasem oglądamy wspólnie. Nie jestem w stanie pojąć, czemu ktokolwiek miałby to robić w tajemnicy. Oczywiście, słyszałam o kobietach, które odkrywając, że ich mężowie, czy narzeczeni uprawiają czasem masturbację pogapiając się na panienki z pinkpornstars, są dotknięte do żywego, ale nie znajduję w tym większego sensu. Ich prawo, choć uważam, że marnują sobie nerwy. Chęć posiadania zainteresowania swojego partnera na wyłączność przez całe życie jest, nie przymierzając, głupotą. Czasem zdarza się, że para świata poza sobą nie widzi, ale, przyznać musimy, jest to rzadkość.
Moje poglądy nie wynikają z niewiedzy. Moje poglądy wynikają z doświadczenia. I dobrze mi z nimi.

Kolejnym elementem komentarza, który wprawił mnie w pewne osłupienie, był fragment o tłumaczeniu dzieciom. Przepraszam - czego? Życia seksualnego rodziców? To akurat dzieci nie powinno interesować. Jak dorosną będą miały swoje własne...
abstrahując całkowicie od faktu, że dzieci mieć nie zamierzam, więc raczej nie będę miała komu tłumaczyć :)
Zresztą za mąż również wychodzić nie planuję; nie potrzebuję kwitu na miłość. (Powyższe deklaracje postawiłyby mnie zapewne w oczach autora komentarza na pozycji żałosnej i przegranej - kolejna cecha charakterystyczna osób o poglądach tradycyjnych).

Tak czy inaczej, jedno jest pewne: mimo, że niezgodne z zasadami "moralności restrykcyjnej", moje poglądy i sposób życia nie biorą się znikąd.
Wolę szczerość zamiast niedopowiedzeń, wolę pokazać się taką, jaka jestem, niż realizować pod przymusem wizerunek bezpieczny i społecznie akceptowalny tylko i wyłącznie ze strachu "co ludzie powiedzą". Przypuszczam, że moje życie małżeńskie byłoby bardzo udane, dokładnie tak samo udane, jak mój związek "na kocią łapę", mimo faktu, że oboje przyznajemy się do chęci przelecenia kogoś innego. Mimo nawet faktu, że się nam to rzeczywiście zdarza :)

Nasz główny bohater - "moralność restrykcyjna" (dobra nazwa, ale trochę już nią rzygam), charakteryzuje się przestrzeganiem szeregu utartych zasad, pilnowaniem, by nie wychylać się poza wytyczone granice. Niestety, również brakiem tolerancji i pewnym ograniczeniem. I oczywiście dbaniem, by inni poza granice również się nie wychylali. A jak się wychylają, tłumaczeniem im, że tak nie można. No nie można przecież, jak to tak? Nie można!
A czemu nie można?
Boooo... booooo... życia nie znasz.

Ponieważ inny komentarz brzmiał:

"Biedna, mała zakompleksiona istotka, tylko tutaj może zaistnieć, to też wypisuje bzdury. Sama nie bardzo wie, co pisze, ale pisze, kto wie? może się ktoś nią zainteresuje. Dziecko znajdź sobie jakieś zajęcie i zacznij żyć na poważnie.
"

dodam, że zaistnieć udało mi się na kilku płaszczyznach, zainteresowanie zyskałam w życiu całkiem satysfakcjonujące, zajęć mam aż nadto, jak również wyrosłam z wieku dziecięcego nieco dawniej, niż bym chciała. Dziękuję za troskę.

Podsumowując: moją uwagę przykuł sposób myślenia autora debaty i on był tematem mojej notki. Po czym osoby wyznające ten sam, krytykowany przeze mnie sposób myślenia zostawiły mi komentarze. Ale jak widać, bez nich nie miałabym o czym pisać. :) Nie dowiedziałabym się również tylu ciekawych rzeczy na swój temat :D
Liściasta







skomentuj (4)




2010-03-23 13:10:24 >> Wszystko na sprzedaż?

Z własnego doświadczenia wiem, że to nie chęć łatwego pozyskania kasy, tylko wrodzone predyspozycje czynią z ludzi ekshibicjonistów. Sama jestem pozbawiona niemal wszelkich hamulców. I nikt mi za to nie płaci. Nie uważam, zebym się miała czegoś wstydzić. Jeśli ktoś zadaje pytanie, nawet intymne, a ja uznam, że mam ochotę mu odpowiedzieć, zrobię to. Bo i co mam do ukrycia? Mogę odpowiedzieć "a co cię to obchodzi", jeśli akurat nie mam nastroju do zwierzeń, ale w większości przypadków wyznaję zasadę "dziś pytanie, dziś odpowiedź". Dlatego bez względu na to, czy pytanie zadaje mi osoba prywatna, czy też prezenter talk-show, odpowiedziałabym jednakowo.
  W ogóle co to znaczy "hamulce moralne"? Tak naprawdę to nie główny temat debaty, a przedstawiony w opisie przykład (według mnie całkowicie chybiony) mnie zainteresował. W którym miejscu wspomniana w nim kobieta przekroczyła granicę? Przyznając się w obecności męża, ze marzy o seksie z innymi mężczyznami? Zasady "moralne" tego typu stworzone zostały dla ludzi prostych, którzy potrzebują jakichś wytycznych w najdrobniejszych aspektach swojego życia. "Nie mów, że myślisz o innych partnerach przy małżonku", "nie zdradzaj", "jeśli zdrzadziłeś/łaś, lepiej nie przyznawaj się do zdrady". Zakładając, ze mąż jest jednostką upośledzoną, można chcieć go chronić i nie odpowiadać twierdząco na takie pytanie w jego obecności. Ale jeśli jednostką upośledzoną nie jest, to przecież chyba domyśla się, że nie stanowi dla żony jedynego obiektu zainteresowania seksualnego. Gdyby zaś tak było, to żona musiałaby być nie do końca normalna. Naturalną rzeczą jest, ze swoje zainteresowanie erotyczne kierujemy w więcej niż jedną stronę. Możemy nie robić z tego użytku, ale myśleć będziemy. Będziemy fantazjować. Każdy seksuolog potwierdzi, że to rzecz normalna. Wspomniana wyżej kobieta po prostu była szczera. I być może ma większe niż przeciętnie zaufanie do swojego męża.
Wracając do tematu debaty - nie ma sumy, za którą coś bym zrobiła, czy powiedziała. Albo powiem/zrobię nawet za darmo, albo w ogóle.
Wiem, że są ludzie, którzy zmienią swoje najsilniejsze zasady dla pieniędzy, ale współczuję im.
Nie życzę sobie natomiast być krytykowana, jako jednostka "bez hamulców moralnych" dlatego, że nie mam oporów, przed opowiadaniem o swoim życiu osobistym, nawet bardzo osobistym. Jeśli nie chcecie wiedzieć pewnych rzeczy - nie pytajcie, zamiast pytać, a potem się bulwersować.
Liściasta

P.S. W kwestii komentarzy:
1. Alice: przyznaję, że napisałam tę notkę mocno pobieżnie, aczkolwiek dokładnie wiem, o co mi chodzi. Ty natomiast nie napisałaś dokładnie NIC konkretnego. Co do zainteresowania zaś - cóż, ewidentnie zdobyłam Twoje, skoro zadałaś sobie trud, żeby umieścić komentarz.

2. JakoTako: zdaję sobie sprawę, że to działa w obie strony. A witryny pornograficzne oglądamy z moim ewentualnym przyszłym mężem tak osobno na własny użytek, jak razem.

W celu wyjaśnienia nieco mojej pozycji spłodziłam dodatkową, obszerną notkę. Do przeczytania TUTAJ.
skomentuj (8)




2010-02-06 20:07:08 >> Pigułka

Na blogach toczy się debata na temat pigułki "po", czyli Postinorów i innych takich. Czyliż jest to środek antykoncepcyjny, czy może wczesnoporonny.
 Otóż, z tego, co wiem, pigułki tego typu są środkami wczesnoporonnymi (ponoć mogą doprowadzić do zniszczenia świeżego płodu do iluś tam godzin, potem jest za silny/duży/whatever). Przyznaję, że nie wiem tego na pewno, a sieci przeszukiwać aktualnie mi się nie chce. Pytam za to: a co za różnica czy jest to środek antykoncepcyjny, czy wczesnoporonny?
Oczywiście dla niektórych różnica jest zasadnicza, ale kit im w oko. Nie chcą, niech nie używają, albo Rejtanem rzucają się, by ich kobiety (przepraszam ŻONY, ŻONY) nie wpadły na taki pomysł. Mnie to wisi, skutek jest ten sam - nie będzie ciąży. A przecież o to chodzi.
Ale też, czy mnie, zagorzałej zwolenniczce aborcji na życzeniem można zadawać takie pytania? Nie ma to większego sensu, albowiem zawsze odpowiem tak samo.

Gwoli ścisłości, jestem też zwolenniczką eutanazji i samobójstw wspomaganych.
I w zasadzie przeciwniczką kary śmierci. W zasadzie, bo nie jestem do końca pewna. Ludzie czasem robią takie rzeczy, że ta strasznaokropnakoszmarnamordercza aborcja to pikuś, nawet jesli założyć, ze jest zła. A, że w resocjalizację wierzę w sposób bardzo umiarkowany, to... ale może bez przesady.

I tyle w tym temacie.
A nie. Jeszcze zapytali, czy w razie potrzeby bym skorzystała. Skorzystałam dwa razy.
Aborcję też bym sobie zrobiła, gdybym mogła.

I tyle.
Amen (sic!)

skomentuj (1)




2009-12-30 05:14:18 >> Pornografia

Uwaga: poniżej piszę na temat pornografii. Miejscami obrzydliwie. I tyle.

Jestem już dorosłą osobą i mogę się bez wstydu przyznać, że pornografię zdarza mi sie oglądać, co więcej, po dziś dzień jest ona przedmiotem mojej głebokiej fascynacji. Strony z pornografią i erotyką odwiedzam praktycznie codziennie. Jednak nie oznacza to, ze oglądam je z wypiekami na twarzy. Wręcz przeciwnie. Na pornografię łatwo się uodpornić, więc aktualnie stykam się z nią głównie w nadziei na zobaczenie czegoś wyjątkowego, ekscytującego, wstetycznego. Oczywiście - na ogół na nadziei się kończy.
Można rzec, że z trendami porno średniej klasy jestem raczej na bieżąco. Niezliczone ilości pochłoniętych przeze mnie filmów i filmików, dają mi niezły obraz tego, co i jak się teraz kręci. I muszę powiedzieć, że tendencje są dość niemiłe.
Jak wielu ludzi na tym padole, mam czasem ochotę popatrzyć na coś, co mnie nakręci w sposób pozytywny, nie spowoduje odruchu wymiotnego, ani zniesmaczenia. Czasem się trzeba nieźle naszukać. A często i w przyjemnie zapowiadającym sie pornosie pojawia się czasem parę kukułczych...ekhm...jaj.

Może to kwestia tego, ze jestem babą. Możliwe, że mężczyzn jakoś szalenie podnieca wizja sponiewieranej dziewoi w różowej puchatej kamizelce, z roztartym makijażem, czerwoną na pysku, po którym jeden, bądź też całe stado samców chlasta ją bez litości penisami, ewentualnie tymiż samymi penisami wypycha jej policzki od środka, (co zadziwiająco upodabnia ją do spłoszonego chomika syryjskiego), jak również targa ją okazjonalnie za rozczochrane kłaki. Dziewczę często jest blondynką z włosami o żółtawym odcieniu, co stanowi interesujący kontrast z jej głęboko poczerwieniałym obliczem, ale nie o tym miało być. Miało być o tym, czego w pornografii nie rozumiem. A przynajmniej czego nie rozumiem w takiej ilości.

No więc nie rozumiem tego poniewierania na każdym kroku, jakby od obrzydliwości aktu zależało życie i zdrowie aktorów. No dobrze, poniewierania nie ma zawsze, ale jest aż za często. A jak nie poniewieranie, to duże umiłowanie do jakiegoś takiego zbydlęcenia.
Nie zezwierzęcenia, tylko zbydlęcenia.
Może to i kogoś kręci.
Że powszechne praktycznie w każdym pornosie spuszczanie się dziewojom na twarze zupełnie mnie nie nakręca, to jedno. (Mam uraz odkąd w "Pornogothic" jedna z aktorek otrzymała celny strzał prosto na zamknietą, starannie umalowaną powiekę i gęste, trzepotliwe sztuczne rzęsy.
Biały glut na sztucznych rzęsach nie był kręcący. O nie.
Poza tym sperma ścieka z twarzy i wypływa z ust w sposób niezbyt malowniczy, budzacy raczej skojarzenie z pieniącymi się końskimi pyskami, niż czymś seksualnie pobudzającym. No, ale w porządku. Może to mój uraz. Komuś się to musi podobać, skoro praktycznie WSZĘDZIE jest to sztuka kończąca scenę.
Ale tego trzaskania fiutem po obliczu pojąć nie umiem. Jak również dławienia obywatelki za pomocą wspomnianego uprzednio organu wpychanego na siłę głęboko w gardło.
Już Linda Lovelace wiedziała, że "głębokie gardło" to sztuka wymagająca ćwiczenia i umiejętności. Większość traktowanych w ten sposób dam, dławi się, pluje gęstą śliną, lub gorzej. Co podniecającego jest w tym (dla przeciętnego widza bez bardziej, że tak powiem, zaawansowanych fetyszów), że dziewczę właśnie usiłuje powstrzymać wyrywającego sie ku wolności pawia kosmosu? No co?

Albo taki seks analny. Ogólnie nie widzę w nim absolutnie nic złego, ale nie rozumiem umiłowania do okazjonalnego wycofywania się i przemocą prezentowania wnętrza obywatelki.
Podsumowując, pornografia zrobiła się upiornie wulgarna, w dodatku w jakiś sposób zatraciła swój potencjał erotyczny. Przy czym dodam, ze odrobina wulgarności może być ciekawa, ale jeśli w scenie pornograficznej nie ma nic prócz wulgarności, przestaje być ona (przynajmniej dla mnie) atrakcyjna. A wiem, że nie jestem osamotniona w tych sądach, a podzielają je właśnie mężczyźni, czyli teoretycznie główny cel tego rodzaju rozrywki.
Pornografia z tak zwanej "wyższej półki", czyli produkcje wysokobudżetowe, są  na ogół bardziej stonowane w rodzaju prezentowanych zabaw, jak również o niebo lepiej nakręcone i przemyślane. Moim cichym marzeniem jest zdobyć kiedyś ogromny budżet i nakręcić film pornograficzny na miarę "Zazel", a najlepiej fajniejszy bo bez dłużyzn :D

Jaka szkoda, ze większość samców w branży porno jest koszmarnie nieatrakcyjna...
Aktualnie jestem w żałobie po Emmanuelu Delcour (a.k.a. Jean Val Jean), który ściął włosy...Twarzowy nigdy nie był, za to miał fajne włosy, fajne ciało i fajną biżuterię. A teraz chyba już nawet w pornosach nie gra :(

Późno już  jest, wyprztykałam się już z chęci i potrzeby psioczenia na dzisiejszą pornografię.
Tyle na razie.

Liściasta



skomentuj (1)




2009-12-15 13:01:54 >> Imieninowe refleksje na temat zdrady

1. Mam dziś imieniny. Tak, dziękuję. :)
2. Poczułam się dziś zdradzona. Nie, dziękuję, kurde, postoję.
Co do imienin, to sobie są, co do zdrady to jakoś tak się strasznie przejęłam, że aż mi wstyd.
Mam szczerą nadzieję wyjechać w końcu w pinezkę i zrobić oszałamiającą karierę, choć  przy moim zacięciu, xuj raczy wiedzieć, czy coś z tego będzie. Musze przyznać, ze działanie nie nalezy do moich mocnych stron, choć pomalowałam sobie wczoraj przód gorsetu w skomplikowany wzorek. To i może nie jest tak źle z tym działaniem.
Zdradzona poczułam się, kiedy odkryłam, że elementy zespołu Viridian, które odeszły z braku czasu na granie grają całkiem dużo i dosć intensywnie. W sumie wiedziałam od początku, że that's not it, ale w dupę kłuje. Ja rozumiem, że się zastała paskudna sytuacja, że było obrzydliwie i nikt nikogo już nie znosił, ale wolę, żeby mi muzyk jeden z drugim powiedział, ze nie gra z nami, bo nie odpowiada mu układ w zespole, albo coś, a nie, żeby starał się byc uprzejmy. Czy co.
Nie miałabym takiego żalu gdyby nie fakt, ze od tego zaczęły się zmiany w moim życiu, które spowodowały, że to, co wypracowałam do tej pory spieprzyło się na ryj, a pozytywy, które z tego wypływają są palcem na wodzie pisane. Sposób przedstawienia sytuacji nie zmieniłby tego, jak całokształt teraz wygląda, ale może byłoby mniej krzywo. We mnie.

Liść

P.S. Cofam trochę to co napisałam. Podobno czasu naprawde nie było. Ech. Życie.
skomentuj (2)




2009-11-29 02:03:38 >> Trzy Worki Przeszłości

Wywaliłam właśnie trzy worki przeszłości.
Pozbierałam przeszłość spiętrzoną pod stołem i wpakowałam ją do trzech dużych, czarnych, plastkiowych worków.
Strasznie ta przeszłość pobrudziła mi ręce.
A to dopiero pierwsza część wyrzucania przeszłości.
Dziś wprowadza się do mnie Faza przed wyjazdem do Anglii.
Trzeba będzie wyrzucić jeszcze więcej przeszłości, bo teraźniejszość dwóch osób zajmuje sporo miejsca...
Liściasta
skomentuj (1)




2009-11-21 04:56:43 >> Łomatkokochano!

Cisza była tyle czasu znowu...
Nic nie pisałam.
Ale zacznę, bo może wypada coś czasem z pyska wypuścić - dźwięk jakiś, znaczy.
Może nawet się ktoś zorientuje, że to zrobiłam.

JESZCZE NIE WYJECHAŁAM, w mordę jeża.
Ale wyjadę w końcu, jak się Faza ogarnie i takie tam.
Ogarnianie sie jest trudniejsze niż sie Wam wydaje, bo trzeba ogarnąć nie tylko się, ale też całe życie dookoła.
I przedmioty jeszcze jakieś. I organizację ogólną.
Ostatnio w ramach niechęci do pracy tłukę w Wieśmina i nawet mi się podoba. "Wciungło" mnie niezgorzej, mimo, że tworu pana Andrzeja S. nie lubię.

Jestem ogólnie zaskoczona całkiem konkretnie, że to tałatajstwo chce chodzić na moim kompie. Co prawda na niegodnych podziwu ustawieniach, ale zawsze. Nawet przez większość czasu nie są to ustawienia tak ze szczętem minimalne. Bo nawet udaje mi się widoczność zachować na "przeciętnym" a jakość tekstur na "średnim", poza dzielnicą handlową w Wyzimie, (czy jak to się tam po polsku zwie, bo gram po zachodniemu), bo tam cosik mi się przycinało. :/
Kończę sobie powoli, w piątym akcie utłukłam już pierwszego bossa (bo mi się go odczarowywać nie chciało), ale co to za boss...
Z bólem serca gram w tego "Wieśka" bez trainera, bo aktualne i działające z moją popatchowaną wersją są płatne, a niepłatnych mi się szukać nie chce, nawet, jeśli są. Przyjemnie się nawet nie oszukuje. A przynajmniej PRAWIE nie oszukuje, bo Cheat Engine'a obsłużyć potrafię (odkąd odkryłam, ze działa jak Game Hack :D), więc na brak kasy nie narzekam... i - cóż - brak umiejętności i nadmiarowych XP-ków też nie.
Więc gram w tego wieśka wypakowaną postacią, z niezłym ekwipunkiem, w związku z tym postanowiłam wybrać poziom... EASY.
Tak. Nie dość, zę cheatuję, to jeszcze gram na easy. To najbliżej grania na godzie, jak mogę osiągnąć dostępnymi środkami. A nie byłabym Prawdziwym Cheaterem i Prawdziwym Tchórzem, gdybym tak sobie normalnie, bez oszukiwania zagrała. No i posikałabym sie ze strachu i wściekłości, bo grając uczciwie przez połowę czasu boję się, ze mnie zabiją, a przez drugą połowę ładuję grę po tym, jak mnie zabili. Bez oszukiwania gram tylko w przygodówki (i to nie zawsze, bo czasem mi sie myśleć nie chcę, a jestem ciekawa, co będzie dalej) i w Final Fantasy.
I to tez nie dlatego, że nie chcę oszukiwać, bo tak FF kocham, tylko dlatego, że nie umiem. Prawdopodobnie Cheat Engine załatwiłby sprawę, gdybym używała go akurat kiedy przechodziłam FF VII i VIII.

Aaaaaaa.... no i w Soul Reavera 2 grałam bez cheatów, bo działo się to w czasach, kiedy nie miałam internetu. O zgrozo. Znaczy miałam - modem. I to nie JA miałam. I nie umiałam się tym posługiwać. I w ogóle. Internet odkryłam w roku - tadaDAM! - 2002. Na uczelni było dużo kompów z siecią... i poniekąd przez Internet zawaliłam studia (czego nie żałuję, pewnie i tak bym zawaliła). A w ogóle własny komputer mam od jakiegoś 2003 roku dopiero. Przy czym na początku był to jakiś dramatyczny rzęch z dwugigowym dyskiem. O ile nie z gigowym. Potem trochę mi się poprawiło, ktoś dał mi lepszą nieco grafę, ktoś inny jakieś dyski dodatkowe. Płyta główna chyba też poszła do wymiany - i nagle zaczął mi na tym chodzić mój ukochany Unreal pierwszy. Na najniższych chyba ustawieniach, ale zawsze. Sprawdźcie sobie minimalne wymagania Unreala gdzieś na sieci, żeby pojąć w pełni głebię przerazy i dramatu, jakie przedstawiał sobą mój komputer PO "apgrejdzie".
(Gadatliwa jestem dziś na debline tematy jak mało kiedy. XD)
Wracając do mego kompa (muszę to podsumować, jak już raz zaczęłam, więc sięgam po faja i kontynuuję), przeszedł on jeszcze szereg ulepszeń, by stać się w końcu maszyną, na której Unreal zaczął chodzić już na ustawieniach maksymalnych i udało mi się zgromadzić całe 20 GB miejsca na trzech dyskach.
Potem zaś mój komp został wymieniony (żeby nie było, za cudze pieniądze). W całości i gruntownie. Wszystko, łącznie z obudową. Więc nagle miałam 1 GB RAM-u i aż 320 GB na dysku. WOW. Potem jeszcze dostałam lepszą grafikę, bo zintegrowana nieco cienko przędła, a ostatnio Kastor odstąpił mi dodatkowy dysk 80 GB. teraz zas czekam, aż Faza wreszcie pojedzie załatwiać sprawy w Anglii, bo wtedy dostanę jego grafikę i powinno być całkiem nieźle. A potem wyjadę a moja matka odziedziczy chyba cały komp :D Poza dyskami, a przynajmniej poza ich zawartością :D
Aaaa... w międzyczasie miałam jeszcze przez nieco ponad pół roku monitor LCD. Ale zdarzył się wypadek i mam teraz znów powrót do epoki kineskopu XD
Aktualnie zaś chyba przestanę przynudzać i pójdę zabić resztę rzeczy w "Wieśminie".
Liściasta






skomentuj (3)




2009-09-16 16:59:15 >> Blizny

Przeczytałam sobie o piętnastoletniej dziewuszce, która wybrała się na wycieczkę rowerowa z koleżanką. Wjechał w nie samochód, wlókł dziewczynę przez kawał drogi, ponoć kilkaset metrów. Co dzieje się z ciałem ludzkim poddanym długotrwałemu tarciu o beton nie muszę wyjaśniać. Według mnie poszkodowana nastolatka miała i tak masę szczęścia. Zeżarło jej kawałki skóry i ciała na stopie, plecach i, niestety, twarzy w okolicach oka.  Oko, chwała niebiosom, zachowała, ale pięknie to teraz nie wygląda. Nie, nie, żadne Two Face'y, nic z tych rzeczy, ale dość, by nastolatka miała z tym problem. Ale jest szansa, jak mówią lekarze, na pozbycie się blizn. Niezła robota na starcie i pierwsze gojenie pod okiem specjalistów i pod wpływem rozmaitych specyfików dają realną szansę na to, ze któregoś dnia uda się całkowicie, a przynajmniej w znacznej mierze usunąć blizny. Ale nie ma czego zazdrościć bohaterce wydarzenia. Blizny na plecach i stopie to jeszcze nic, choć pewnie wolałaby ich nie mieć. Ale okaleczona twarz, to dla dorastającej dziewczyny tragedia. Już przyzwyczaiła się do myśli o sobie, jako ładnej młodej kobiecie, a tu nagle coś takiego. Ja z moim nieusuwalnym bliznowcem na całą klatkę piersiową (plus w paru innych miejscach) nie mam prawa do narzekania. (No ale jak sobie tak pomyślę, to z kolei ospa nie była dla mnie łaskawa. Już chyba wolałabym mieć jedną bliznę "z placu boju" przez całą twarz, niż takie kratery na całym czole, po jakiejś podłej chorobie). Mimo 23 lat doświadczenia w posiadaniu blizn, ciągle mi z tym jakoś nieswojo. Gdybym poparzyła się teraz, miałabym większe szanse na pozbycie się wszelkich tego śladów. Może nikt nie wpadłby na pomysł robienia mi przeszczepu (kótry się nie przyjął i wywołał powstanie bliznowca, czyli pofałdowanej i zgrubionej skóry oraz innych "artefaktów"), przy okazji nie poczęstowanoby mnie gronkowcem, nie leżałabym 2 tygodni w szpitalu półprzytomna, nie smarowaliby mnie potem maściami z dużą dawka hormonów ( kto na to wpadł?!), które doprowadziły do wykolejenia mojej gospodarki hormonalnej na lata, spowodowały przyspieszenie dojrzewania o parę lat, zahamowały wzrost wzwyż, za to przyspieszyły wzrost wszerz :D i takie tam... tfu, PRL-owskie szpitale.
No i teraz, po tych 23 latach, kiedy jestem już cudownie przyzwyczajona do faktu, ze kiecki z dekoltem na eleganckie przyjęcie nigdy nie założę,  zaczynam się zastanawiać: a możeby tak usunąć. I co? Im starszy bliznowiec, tym trudniej coś na niego poradzić. Praktycznie nie mam opcji. Mogę spróbować co najwyżej z mikrodermabrazją diamentową (szorowaniem skóry kryształkami pod ciśnieniem, które ścierają warstwy naskórka stopniowo, więc nie powodują wzmożonego narastania noweych warstw, co jest największym problemem z bliznowcami), ale to mi bardziej pomoże na dziury po ospie niż na wielowarstwowy, gwuby i złożony naskórek.
Ale pewnie kiedyś spróbuję...
A dla piętnastolatki życzenia szybkiej i udanej rekonwalescencji.



skomentuj (2)




2009-09-10 03:43:00 >> Wrzesień

Wrzesień przypełzł, ciągle jest dość ładnie, ale liście zaczęły spadać i ogólnie nie podoba mi się perspektywa końca lata. Jeszcze sie nie zdążyłam z nią pogodzić i ucieszyć na nadejście czarownej jesieni. Ki diabeł wie, gdzie ja tę jesień spędzę. Tu jeszcze, czy już tam.
Tak czy inaczej - blog istnieje już od dawna.
Było nie było ponad 6 lat. I tak sobie myślę, ze zdechł już prawie definitywnie. Może czas go uśpić?
Liściasta

P.S. Ponadto strona główna bloga zaczęła ujawniać wyskakujące reklamy. Albo coś się stało z moim adblock'iem, albo ulepszyli blog.pl
W każdym razei reklamy proponują mi powiększenie penisa o ponad 7 centymetrów. Zakładam, ze jest to skierowane do mężczyzn. Lub do kobiet, coby swoim meżczyznom podesłały.
I jak tak sobie myślę o dodatkowych siedmiu centymetrach, przechodzą mnie ciarki przerażenia...
skomentuj (2)




2009-07-11 07:31:43 >> Dziwnie jest

Niby nie jest źle, ale jakoś tak... dziwnie.
Po pierwsze zdecydowaliśmy się z Fazowcem szukać szczęścia i kariery w Anglii, co oznacza, że w okolicach jesiennych udajemy się na Wyspy siać ogólny zamęt i budzić trwogę.
Czyli dziwnie.
Poza tym przedwczoraj Supeł, czyli Fazy kocur, oddalił się do krainy wiecznych łowów.
Czyli jeszcze bardziej dziwnie.
Po rozpadzie Viridianu życie się zarówno komplikuje, jak i upraszcza. I wszystko dziwne jest. Aż nadto dziwne.

Liściasta
skomentuj (1)




2009-06-26 14:31:34 >> Michael Jackson [*]

Oglądaliśmy sobie z Fazą najspokojniej w świecie "Evangeliona", kiedy do pokoju zapukała moja szanowna Rodzicielka i oznajmiła: "Chciałam wam tylko powiedzieć, ze Jackson nie żyje".
"Jaki Jackson"? To było pytanie, które z jakichś przyczyn wykwitło w mojej głowie na samym początku. Pomyslałam o wszystkich możliwych Jacksonach, także tych, o których z powodu mojej ignorancji mogę nie wiedzieć. Kto to u diabła jest Jackson?
"Michael Jackson" pospieszyła z pomocą moja Mama.
Przyznaję bez bicia, że pierwszą moją reakcją był szeroki uśmiech. Gigantyczny szeroki uśmiech niedowierzania.
Bo przecież jak to? Taki Jackson nie mógł sobie tak po prostu umrzeć, bez względu na to, jak bardzo się rozpadał. Umrzeć? Tak o? I już? Nie żyje? No jak to tak?
Zupełnie nie po królewsku. Powinien umierać przynajmniej jak papież, długo, zapierając dech całemu światu, powodując nie kończące się spekulacje, pytania "już, czy jeszcze nie"?
A tu - zabrali do szpitala i umarł. I już.
I nie ma Jacksona.
Więc roześmiałam się, zbita z tropu. Faza też.
O kurde. No... jak to?
Kiedy wiadomość udało się w końcu potwierdzić juz nie było tak wesoło.
Nie żyje naprawdę. Największy cholerny artysta wszechczasów kopnął w kalendarz.
Michael Jackson towarzyszył mi od zawsze. W latach osiemdziesiątych byłam dzieckiem, ale już słuchałam jego muzyki. Największą fascynacją darzyłam go w okolicach roku 1992 i 1993.
Utwory Jacksona były obecne na prywatnych imprezach mojego towarzystwa po dziś dzień, zwłaszcza "Smooth Criminal". Nie tak dawno temu razem z Sephirothem i muzykami z Asperse wykonaliśmy "Beat It" na imprezie szkolnej.
Nie powiem, że Michael nie zasłużył sobie na emeryturę. Po jego popieprzonym życiu teraz ma już spokój. Ale czy chciał mieć spokój już teraz? Wątpię, biorąc pod uwagę to, ze zamierzał właśnie wrócić na scenę.
Pod względem artystycznym był to facet, którego szanowałam jak tylko mogłam. Prezentował radykalne podejście do kariery, a jego działalność cechował wielki rozmach.
Może sobie WP pisać, że  "Jackson uczynił z muzyki rzemiosło i łatwo strawny produkt masowej konsumpcji, promowany jak nowy rodzaj chipsów", a "Grunge przywrócił jej godność". Jackson udowadniał, ze żeby być muzykiem i prawdziwą gwiazdą, trzeba coś umieć. Grunge zaś przyniósł niechlujność, bylejakość i przynudzanie w dodatku z aspiracjami do (pseudo)intelektualizmu. Grunge zadusił muzykę na długie lata. Nirvana była i znikła, o Pearl Jam niewiele się pamięta, a Jackson będzie rozpoznawalną klasyką przez następne pokolenia.




skomentuj (1)




2009-06-17 14:02:11 >> No i zapominalski Liść

Zapomniał złożyć życzenia Filkotnemu, który to w maju już 6 lat skończył, zapomniał złożyć życzeń Filkastemu, który 2 czerwca skończył lat nieco więcej.
Zapomniał złożyć życzeń swojej kapeli, która z kolei parę dni temu skończyła lat 7... a nie, przepraszam. SkończyłaBY. Ale cosik przymartwa leży.
Wszystkiego naj też dla Fianny z okazji urodzin niedawnych.

Wszystkiego najnajnajnaj, a ja idę się dalej dołować.
skomentuj (2)




2009-03-04 05:56:18 >> Czas i zdrowie

Ano czas.
Zachowuje się, jak to miał w zwyczaju od zawsze, czyli - upływa.
Liść zrobił się starszy o kolejny rok.
Ponadto również, tuż przed swoimi kolejnymi urodzinami zapadł na tajemniczą chorobę, jaką jest niedotlenienie mózgu. Pewnie od tego zgłupieje do reszty.
Na razie rzeczone niedotlenienie mózgu (spowodowane uwarunkowaniem genetycznym, stresem, przejaraniem, przegrzaniem, niedoborem witamin i minerałów, zmęczeniem i długotrwałym nadwerężeniem kręgosłupa w odcinku szyjnym - a wszystko to naraz) objawiło się nieprawdopodobnymi wręcz zawrotami głowy i rzygliwością ogólną.
Powiem krótko - przebyłam koszmarny koszmar, sama sobie współczuję i najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Ta wredna przypadłość w tej formie, w jakiej się z nią zetknęłam, uniemożliwia dokładnie wszystko. Nie można funkcjonować. Ba, praktycznie żyć się nie da. Nie ma ucieczki, nie można się ruszyć, nie można oczami mrugnąć, trzeba leżeć bez ruchu niemal (leżałam przez trzy dni), żreć nie idzie, oddychać nie idzie.
W końcu dostałam lekarstwo i od tamtej pory zaczęło się znacznie poprawiać. Jestem już prawie całkiem zdrowa, choć jeszcze ciągle przy zadzieraniu łba za wysoko, albo przy schylaniu we łbie mi się przewraca. Literalnie. Cała operetka zaczęła się tydzień temu we wtorek bladym świtem.
Nie macie pojęcia jaka ilość wdzięczności do świata wykwita w człowieku nagle, kiedy wreszcie przestaje mu się ściskać żołądek i może przynajmniej leżeć bez problemu. A kiedy udaje mu się usiąść o własnych siłach i przesiedzieć bez konieczności odpoczynku (sic!) więcej niż 20 minut, jest doprawdy wniebowzięty.
Dobrze i mądrze pisał Kochanowski: "Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz."
Tyle dobrze, ze trochę schudłam (nie da się przytyć zyjąc trzy dni na maślance i pomarańczach) i znowu bluzki mi się dopinają :D


skomentuj (0)




2008-11-26 01:51:06 >> Dobre, bo... polskie...?

Siedzą dwa szczury na wysypisku śmieci i przeżuwają taśmę filmową. W pewnej chwili jeden mówi: "Wiesz... książka była lepsza..."

Książki i ich filmowe, zniekształcone adaptacje, gorsze, lepsze, ale na ogół nie dorastające do oryginału, to ostatnimi czasy temat dość popularny, zwłaszcza po niefortunnej (TAK, NIEFORTUNNEJ) ekranizacji "Władcy Pierścieni", która jest w sumie niezłym, choć trochę zbyt łzawym filmem, ale tylko jeśli zapomnieć, że miała pierwowzór.
Podobnie rzecz się ma ze słynną "Niekończącą się Historią/Opowieścią". Film jest dobry, pełen magii... o ile nie próbuje się go porównywać z powieścią Michaela Endego.
Tak samo w końcu rzecz ma się z "Ruchomym Zamkiem Hauru", który będzie głównym bohaterem niniejszej notki.
Film jest przecudny, ale stanowi spłyconą i przeinaczoną znacznie adaptację angielskiego oryginału, czyli powieści "Howl's Moving Castle" napisanego przez Dianę Wynne Jones. Jednakże wcale nie porównywanie obu wersji jest moim celem.
Zacznę może od początku.
Na początku był chaos :)
No był, co ja poradzę. Chaos radosny, magiczny i przepełnony szczęściem, który zalągł się w mojej głowie po wyjściu z kina. Jestem zagorzałą fanką produkcji japońskiego studia Ghibli, z którego wyszła adaptacja "Ruchomego Zamku". Oczywiście wiedziałam, że istnieje pierwowzór literacki, który jakiś czas później udało mi się w końcu dopaść. Przezornie sięgnęłam po wersję anglojęzyczną. Przeczytałam. Nie. Pochłonęłam. Podobało mi się straszliwie - całkowicie odmienne od filmu, ale nie wpływające w żadnym stopniu na moją miłość do niego. Ot - film osobno, książka osobno, wszyscy szczęśliwi.
Zaciekawiło mnie, czy istnieje polskie tłumaczenie powieści. Wyrocznia Google ujawniła, że istotnie, istnieje. I tu światopogląd mi się załamał, nie po raz pierwszy zresztą, jeśli idzie o talent Polaków do robienia kretynizmów.
I tu docieramy do powodu powstania tej notki, jakim jest moje bezsilne... cóż... niezrozumienie, dla pewnych mechanizmów, zachodzących w głowach wydawców...
Tak więc tłumaczenie jest. A tytuł jego brzmi...
RUCHOMY ZAMEK HAURU.
HAURU.
Żesz... kurwa.
Z góry napiszę, że rozumiem to, czego nie rozumiem :D
Innymi słowy, wiem, czemu taki zabieg został przeprowadzony. Poniewaz tłumaczenie pojawiło się z okazji wejścia filmu na rynek polskim, czyli w domyśle, powstania zainteresowania ludzi tym tytułem, jako pierwowzorem filmu - użyto tytułu, który jednoznacznie kojarzył się z ekranizacją i ułatwiał odnalezienie go potencjalnym czytelnikom.
Zniekształcenie imienia głównego bohatera (Howl - Hauru) było wynikiem zastosowania japońskiej jego wymowy w polskim tłumaczeniu tytułu filmu. Zniekształcenie samo wynika zaś z ograniczeń, jakie niesie ze sobą język japoński. Coś takiego jak "Howl" jest dla Japończyków w zasadzie nie do wymówienia. Ich język jest sylabiczny, więc połączenie dwóch spółgłosek jest niemożliwe, co więcej, coś takiego jak jednoznaczna litera "L" u nich nie występuje. Są w stanie ją wymówić, ale mieszają to płynnie z "R" (które samo z siebie jest u nich mieszanką obu głosek). To tak w skrócie, dość laickim. Niemniej Japończyk dysponuje w zapisie sylabami "ru", "ra", czy "ro",a nie dysponuje "lu", "la" i tak dalej.
Tytuł "Avalon" (film Mamoru Oshii nakręcony w Polsce z udziałem polskich aktorów) w oryginale japońskim brzmi "Abaron" ("n" mają, ale czasem potrafią wymawiać je jak całą sylabę :D), a "Laputa: Castle In The Sky", kolejne dzieło studia Ghibli, po japońsku brzmi "Tenkū no Shiro Rapyuta". "Howl's Moving Castle" zaś to po prostu "Hauru no Ugoku Shiro".
Stąd "Hauru", który nie jest więc żadną nową wersją imienia, tylko po prostu "Howlem" na miarę mozliwosci otworu gębowego Japończyka.
Kiedy oglądałam film trochę zgrzytała mi ta japońska wymowa w polskim dubbingu, ale (jako japonofilka) nie miałam z tym większego problemu. Wiedziałam, z czego się to bierze, a tłumacze po prostu pozostali wierni zapisowi z Kraju Kwitnącej Wiśni.
OK.
Ale, żeby oryginalne dzieło anglojęzyczne przetłumaczyć po japońsku?!
Jak to powiedział Faza: "Jasne, zahaczmy o Japonię, blisko mamy".
Wydawnictwo Amber wypuściło książkę z celem jasnym i oczywistym: nagonić fanów filmu do kupna powieści... ale, na miły Bóg!
Mogłabym się wściekać na tłumaczkę, panią Danutę Górską o ten zabieg, ale przypuszczam, że niewiele miała wpływu na ten konkretny szczegół - ot, polecenie pracodawcy i cześć.
Niemniej niesmak pozostaje. Tym bardziej, ze w trakcie historii poznajemy genezę imienia Howl (ang. skowyt, choć to znaczenie słowa "howl" akurat nie jest podkreslone w powieści, może tylko faktem, że nasz bohater jest momentami egzaltowaną emo-płaksą:D ). Przede wszystkim Howl jest przeinaczeniem oryginalnego imienia postaci, które brzmi: Howell, co zostało pominięte w filmie. Ciekawe, jak w polskiej wersji książki upodobnili Howella do Hauru?
Nic to. Gratuluję wydawnictwu Amber zmyślności w zdobywaniu czytelników, sama zaś pozostanę przy oryginale.
Brrr...

Zniesmaczony Liść.

P.S. Nie musze chyba dodawać (ale dodam), iż oryginalna nazwa studia Ghibli brzmi GHIBURI, z akcentem na "ghi" i lekkim pominięciem "u".



skomentuj (8)




2008-11-11 08:58:42 >> 6 lat

No i znamy się 6 lat i 4 dni. Dokładnie 6 lat temu, o tej porze budziliśmy się z Kastouakiem obok siebie pierwszy raz :)
Na Kłakonie, w małej sali gimnastycznej w gimnazjum na Bachmackiej...
Inna rzecz, że z drugiej strony, jakieś półtora metra dalej spał narąbany Kadet :D
Ech, to były czasy :D

Również 6 lat temu, tylko że ze dwie godziny później pierwszy raz usłyszałam nazwę Ayreon, w drodze na stację metra, gdzie, zresztą umówiona byłam z Fazą.
Fajnie było 6 lat temu. W sumie - teraz też jest fajnie :)
No i wszystkiego najlepszego dla moich Rodziców z okazji 28 rocznicy ślubu.
Nie wspominając o Święcie Niepodległości :D

Liściasta
skomentuj (2)




2008-10-11 17:22:57 >> White Slavery

"Let me say, pepsi generation
A few words of disinformation
Watch your money flow away oh so quick
To kill yourself properly Coke Is It!"

Uwielbiam ten cytat :D
A w ogóle to wreszcie poczułam potrzebę słuchania Typów. W październiku mnie zwykle nachodzi, ale tym razem nie przyszła od razu :D
Ale już jest.
Jakkolwiek Peter najwyraźniej  zamienił się w prawicowego debila, a poza tym zestarzał się i zniszczył, Typi to Typi. :D Już dziesięć lat mi towarzyszą i chyba im już tak zostanie :D
Liściasta
skomentuj (2)




2008-10-11 03:14:43 >>

Tak wyglądam po japońsku :P


O właśnie :P

Liść
skomentuj (4)




2008-09-07 02:50:00 >> L'Atelier Boudoir

Razem z Królikiem zaczynamy się kręcić za własną firmą od upiększania. ja makijaże i fryzury, ona - manicure. Mamy zamiar stworzyć kultowe miejsce (najpierw strona iternetowa, zanim stać nas będzie na lokal), klimatyczne, eleganckie, pełne wdzięku i w ogóle.
Otwarte dla zwykłych śmiertelników i mhrocznych mhroków :)
Właśnie w środku tej ciepłej wrześniowej nocy wymysliłyśmy nazwę, wygląd i sposób działania...
Tak więc... vive L'Atelier Boudoir!!!!
Wypijmy.
skomentuj (6)




2008-08-25 19:14:19 >> Kołysanki

Można zastanawiać się, czemu Liść wyrósł (o ile o wyrośnięciu w moim przypadku może być w ogóle mowa) na takie porypane stworzenie. Moim zdaniem winę za to ponoszą kołysanki, które śpiewała mi babcia. To one zamienily mnie w mrokolubną, sadystyczną socjopatyczną jednostkę z pokrzywionym spojrzeniem na układy damsko-męskie :D
Na pierwszy ogień idzie wierszyk - absolutna klasyka i trade mark seniorki mojego rodu.

"Śnilo mi się śniło
Że mi oczko wygnilo.
Ja wołam "mazi! mazi!"
A tu drugie mi wyłazi!"

Na drugi ogień idzie kołysanka, której fragment brzmi tak:
"Śpij słodko, dziecko, śpij słodko
Niech omijają twój próg
Żłe smutki lalek stłuczonych
Pajaców bez rąk i nóg"

Niby wszystko ok, ale te lalki i pajace do końca życia mi się będą po głowie plątać.
No i na koniec cud cudów, nie dość, że zawiera trójkąt erotyczny, to jeszcze zabawy ze zwierzętami,  brak happy-endu i brutalną śmierć głównych bohaterów.

Już księżyc zgasł i ludzie śpią,

Sen zmorzył twą laleczkę,
Więc główkę złóż i oczka zmruż,
Opowiem ci bajeczkę.
Więc główkę złóż i oczka zmruż,
Opowiem ci bajeczkę.

Był sobie król, był sobie paź
I była też królewna,
Żyli wśród róż, nie znali burz,
Rzecz najzupełniej pewna.
Żyli wśród róż, nie znali burz,
Rzecz najzupełniej pewna.

Kochał ją król, kochał ją paź,
Królewską tę dziewoję,
I ona też kochała ich,
Kochali się we troje.
I ona też kochała ich,
Kochali się we troje.

Lecz straszny los, okrutna śmierć
W udziale im przypadła:
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot,
Królewnę myszka zjadła.
Króla zjadł pies, pazia zjadł kot,
Królewnę myszka zjadła.

Lecz żeby ci nie było żal,
Dziecino ukochana:
Z cukru był król, z piernika paź,
Królewna z marcepana.
Z cukru był król, z piernika paź,
Królewna z marcepana.




skomentuj (5)



+ + +

Design by: Hadarniel
dla
Kocicy i Filka
Powered by: blog.pl

Stara Księga:

Dopisz
Zobacz

Linki:


Dzieła Nasze (amen)

Gry Babskim Okiem Liściasta pisze sobie o grach
Oneiros Kastora portal WoD-owy
Leaf na Deviant Art bazgroły Liścia

portale i dziwne miejsca które lubimy,
a które nie mają pojęcia
o naszym istnieniu


milutkie, pluszowe, bliskie naszym
zgniłym sercom miejsca w sieci

Cyniczny Muzyk czyli wynurzenia muzyczno-cyniczne po angielsku

Świat Według Youla
komiksowy autoportret naszego pokręconego kumpla

Fianna
szmaragdowy zakątek
Centrum Badań Chaosu, Kabała Pierwsza Erm... Hm... ŻAAAAABBBAAAAAAA!

Hadziorowy Blog Blog Pewnego Hadziora


strony kapel dobrych i znanych
(nam, zazwyczaj)

Viridian na MySpace Posłuchajcie

Diary Of Dreams
Elektroniczna miłość nasza...:)


Lost Horizon
Bogowie! :D - Strona oficjalna.

Typki Negatywne I was looking for trouble...
And I found Her.

Viridian
strona domowa kapeli Liścia


Kroniki:

2012
kwiecień
2011
marzec
2010
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2009
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
marzec
2008
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj